I co dalej?

Jestem. Żyję. Mam się w miarę.
Sytuacja z mężem długo się wyjaśniała, ale się w końcu wyjaśniła. Była koleżanka, nie ma koleżanki. Ogarnął się, przemyślał wiele rzeczy (chyba). Wychodzi na to, że miał kryzys wieku średniego. Może to zbytnie uogólnienie, ale w skrócie tak to chyba jest. Wiem, że do niczego nie doszło, spotkania były czysto koleżeńskie. Raz spotkałam się z tą dziewczyną, porozmawiać, poznać jej punkt widzenia. Poza tym moje małe śledztwo (z czego raczej nie jestem dumna, ale jak wiadomo kontrola najwyższą formą zaufania) potwierdziło, że charakter znajomości nie wyszedł poza dopuszczalne granice. Choć oczywiście zawsze pozostaje pytanie co dla kogo jest dopuszczalne.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że mój małżonek dość często mijał się z prawdą (choć w sumie nie wiem dlaczego, w wielu sytuacjach mógł powiedzieć prawdę). Nieważne, było, minęło, jest tu i teraz. Dzieci się cieszą z czasu spędzanego z tatusiem i jest ok. Dał radę nawet jak wyjechałam na tydzień na wakacje i zostali sami. Chyba sporo wtedy przemyślał, bo jak wróciłam, to się coraz bardziej stara.
Rozwodu nie będzie. Przynajmniej na razie. Ja też przez ten rok ochłonęłam, spojrzałam na wszystko z innej perspektywy. Już wiem dlaczego mówią, że im więcej dzieci tym coraz bardziej spada prawdopodobieństwo rozwodu. Jest się odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale też za dzieci, które jakby nie było potrzebują obojga rodziców. Przez ostatni rok jedni znajomi się rozwiedli, drudzy są w trakcie rozwodu. Patrzę z boku i dochodzę do wniosku, że to jednak ostateczność. Póki się da, trzeba się próbować dogadać.
W sumie bez sensu piszę, miało być o czymś innym. Na razie nie chcę chyba rozdrapywać tej historii.
Wczoraj na http://www.krotkiblog.pl trafiłam na wpis, oraz komentarze, które dały mi do myślenia. Poruszony został temat, który mi już dawno nie daje spokoju. Czeka na nas jeszcze 7 mrozaczków, jedna 4 i sześć 1. Plan był taki, że mieliśmy po nie wrócić. Jak skończę karmić Małą. No to skończyłam. Styczeń był miesiącem kiedy mieliśmy wrócić do kliniki. Kiedy o tym myślałam wydawało mi się to bardzo, bardzo odległe. Ale styczeń przyszedł. Mąż ogólnie chciałby czwarte dziecko, ale sam przyznaje, że ma coraz mniej siły i cierpliwości, mam wrażenie, że tez inaczej niż ja podchodzi do tych zamrożonych zarodków. Powiedział, że jak ich nie weźmiemy, to przecież zawsze możemy oddać do adopcji. Ale ja nie jestem do tego przekonana, zresztą już chyba kiedyś o tym pisałam. Dzieci bardzo pytają o jeszcze jednego brata lub siostrę, bardzo by chcieli (choć nie wiem na ile to jest świadoma decyzja) mieć jeszcze rodzeństwo. Finansowo tez dalibyśmy jakoś radę, miejsce po przeprowadzce jest. Tylko jak zwykle dużo myślenia. Czy damy radę, czy starczy zdrowia i sił? Prawda jest taka, że gdybyśmy się mieli w tradycyjny sposób starać, to na pewno byśmy nie mieli więcej dzieci. Trójka wystarczy żeby wpaść w obłęd jak każdy chce coś w tym samym momencie, albo się akurat zaczynają bić. No właśnie tylko, że u nas to nie są jakieś hipotetyczne plany. Te mrozaczki już są. Czekają…

Reklamy

Zakończenie

Ten wpis miał być ostatnim tu, takim z informacją o nowej stronie. Założyłam nawet nowego bloga mojprywatnycud na wordpressie. Ale, przynajmniej na razie, jest ostatnim w ogóle, chcę więc podziękować wszystkim tym, którzy tu jeszcze zaglądają.
Blog miał być o niepłodności, staraniach i wreszcie o moich dzieciach. Był jeden mój prywatny cud, potem drugi, a na końcu pojawił się trzeci. Są moimi największymi miłościami i skarbami, mimo, że często jak mnie zdenerwują to mam ochotę wyjść i nie wrócić, to kocham je nad życie.

Niestety od jakiegoś czasu nie mam już ani siły, ani ochoty na nic, a już najmniej na pisanie czegokolwiek. Wstaję rano i czekam aż dzień się skończy, aż będę mogła zapaść w nieprzynoszący ukojenia sen. Moje wydawało by się idealne życie legło w gruzach i nie mam siły się podnieść. Nowy dom, trójka wspaniałych dzieci, nic tylko zazdrościć. Niestety sytuacja przerosła mojego męża, który od kilku miesięcy „odstresowuje” się w towarzystwie koleżanki. Raczej nie chodzi o seks, ale spędza z nią prawie każdą wolną chwilę, jeździ, wozi z pracy do domu, do sklepów meblowych (dziewczyna niedawno kupiła mieszkanie, remontuje je i mebluje), przykręca gniazdka, chodzi na lunche, kolacje, do kina, a w każdej chwili, której nie może z nią spędzić, spędza pisząc z nią na komunikatorze… żadne rozmowy, że chyba to chyba nie powinno tak być, że mnie rani, nic nie pomaga. Ani prośbą, ani groźbą. Jedyne co udało mi się uzyskać, to że niektóre wieczory wraca do dzieci. W skrócie, on uważa, że nie ma problemu, on mnie i dzieci kocha, i na pewno nie chce się rozwodzić, ale nie zamierza rezygnować z tamtej znajomosci, najchętniej chciałby mieć drugą żonę. Nic nie ukrywa, a ja się bez sensu czepiam, bo on się musi odstresować, bo go wszystko denerwuje (w domyśle ja najbardziej). Myślałam, że jak odpuszczę awantury, będę się starać, minie trochę czasu, to się ogarnie, zastanowi co jest dla niego ważne, ale niestety,  wygląda na to, że nie my.

A ja już nie mam siły. Ani nerwów. Każde jego wyjście odchorowuję. Odkąd wiem, schudłam 10 kg, osiągając wagę, jakiej nie miałam nawet w liceum. Zaczęłam jeść na siłę, bo zaczęłam mieć problemy z kamieniem Małej. Mam nerwowe przykurcze mięśni i wróciły chroniczne migreny, które mnie już kiedyś męczyły. A co jest najgorsze, mój stres odbija się na dzieciach. Nie mam do nich cierpliwości ani siły na zabawę. Tak naprawdę jedynym powodem dla którego jeszcze żyję, jest to, że są One.

Moja bańka mydlana pękła, moja bajka nie ma happy endu….

Zasnąć i nie obudzić się więcej

Mój Mąż. Ojciej trójki naszych dzieci. Moja opoka, mój najlepszy przyjaciel, człowiek, za którego uczciwość jeszcze miesiąc temu dałabym sobie rękę uciąć. No cóż… dziś byłabym bez ręki.

Dokładnie miesiąc temu, kilka dni po naszej dziesiątej rocznicy ślubu, Mąż po raz pierwszy w życiu schował telefon, na którym z kimś pisał na Whatsappie. Z kim piszesz? Z koleżanką. Co to za koleżanka? A taka jedna. To czemu tak chowasz telefon? No bo rozmawiamy o prywatnych sprawach, wiesz, że ostatnio nie najlepiej się psychicznie czułem, a tak to mogę się przed kimś wygadać, obca osoba, nie zaangażowana, tak jest mi lepiej. Kłótnia. Czemu Mu nie wierzę, przecież nic złego nie robi. W godzinę po awanturze założył hasło na komunikator. Wisi na nim bez przerwy. Dniami i nocami.

Drobiazgi.

Telefon, Kochanie wracam do domu, zjem tylko coś i zaraz jestem. Jak to zjem? Na mieście sam? Zamiast wrócić do domu na obiad? Chyba pierwszy raz w życiu. A bo wiesz, głodny jestem. Ok, tylko szybko, bo jeszcze mamy podjechać załatwić sprawę. Jasne, buziaczki. Po godzinie dzwonię, raz, drugi, nie odbiera. Oddzwania, a nie zjadłem jeszcze, bo w sklepie byłem, zaraz zamawiam. Mija kolejna godzina. Lokalizacja w telefonie pokazuje najpierw jakąś knajpę, potem dziwnie między osiedlowymi uliczkami. Ostatecznie wraca po trzech, oczywiście nigdzie już nie jedziemy. Sam jadłeś? Nie, z kochanką, śmieje się. Zarcik taki.

Klilka dni później, choroba, dzieci coś przywlokły z przedszkola. Mąż źle się czuje, umawiam wizytę do lekarza. Ostatecznie ją odwołuje, bo w sumie chyba nie chce jechać. Wieczorem jednak stwierdza, że jest źle, pojedzie na dyżur. Nie ma Go prawie dwie godziny. Kiedy dzwonię nie odbiera, oddzwania zły, że siedzi pod gabinetem, chyba jeszcze poczeka chwilę. Lokalizacja pokazuje przychodnię, po kolejnej godzinie znika między uliczkami. Tymi samymi co poprzednio. Dzwonię czy wraca. nie odbiera, oddzwania po kilku minutach. Wraca zły, rozmyślił się, stracił tylko czas.

Zaczynam sprawdzać. Telefon, portfel. Zawsze chował do portfela rachunki, teraz żadnego. W telefonie jeden sms. Z pierwszej w nocy. Niejednoznaczny, ale serce podchodzi mi do gardła. Dzień później sms znika z telefonu, ale już wiem jak „koleżanka” się nazywa.

Rozmowy. Czemu Mu nie ufam, przecież kocha mnie i dzieci, to tylko znajoma, z którą sobie rozmawia, bo Mu wtedy lepiej. Mówię, że jestem zazdrosna. To jest mój problem, On nie ma sobie nic do zarzucenia.

Niecałe dwa miesiące temu kupił sobie drugi telefon. Prywatny. Na razie sobie nie zmienił aparatu, ma dwa. Odkrywam, że w nowym ma tylko jeden numer. Nie mój…

Urodziny dziecka. Siedzi w domu, bo z powodu choroby wziął urlop. Jedzie po fugę do kominka i po prezent. Zabiera Miśka. Ma go odwieźć razem z fugą i pojechać po prezent. Wraca wściekły, była tylko jedna paczka, potrzebne 4, odwozi Miśka i jedzie szukać w innym sklepie. Po pół godziny dodzwaniam się do sklepu  gdzie byli. Miły pan sprawdza, że na półce stoi 14 paczek. Dziecko chwali się, że rozmawiali z babcią. Znaczy Tata rozmawiał. Z jaką babcią? No z G. Na pewno? Tak mamusiu, na pewno, pytał jak się czuje. Na głośniku? Nie z telefonem przy uchu i nie pozwolił mi rozmawiać. Babcia G. jechała pociągiem. W cichym wagonie. Akurat pół godziny wcześniej próbowałam się do Niej dodzwonić. Mąż dojeżdża do innego sklepu. Lokalizacja wariuje, pokazuje przez godzinę jedno miejsce, dzwonię, oczywiście nie odbiera. Potem powie, że oglądał regał, że dopiero wyszedł ze sklepu. W portfelu będzie miał rachunek wskazujący godzinę zakupu. Misiek pyta wciąż kiedy Tata wróci, w końcu ma urodziny, chciał się pobawić.

Kolejne rozmowy, kolejne zapewnienia.

Na urodziny Miśka przyjeżdżają dziadkowie, Mąż przez cały ich pobyt wściekły, doprowadza do awantury, obraża się. Po odwiezieniu dziadków na pociąg wysyła sms, że musi pomyśleć i wyłącza telefon. Wraca po 6 godzinach. Miły, spokojny.

Następnego dnia rozmawiamy. Przecież było wiadomo, że pojechał się z nią spotkać i wyżalić. W końcu przyznanie, że się z nią widywał, że wtedy w urodziny Miśka zawiózł „koleżance” jakieś drobiazgi ze sklepu. Ale to nic takiego, przyznaje się do wszystkiego, spotkań, kilku telefonów. Ale kocha mnie i dzieci. To naprawdę tylko znajoma. Jest Mu źle, na terapię nie pójdzie, ta rozmowa Mu wystarczy. Ustalamy, że skoro już musi się z nią widzieć, to nie będzie kłamał, powie gdzie jest.

Kilka dni później jedzie się spotkać. Na lunch. Pogadać. Po powrocie sprawdzam, w portfelu ma paragon za zakup kwiatów. Nie chcę się kłócić, nie pytam. Poza tym cały czas  nie chcę się przyznać, że sprawdzam. W rozmowie kilka dni później, luźno rzuca, że kwiatki się kupuje, żeby komuś zrobić przyjemność, koleżance tez można.

Kolejne rozmowy, że się boję o przyszłość, że się któreś zaangażuje, że Go kocham, że są dzieci. Nadal mnie uspokaja.

W poniedziałek mówi, że w środę ma wyjście służbowe. Dzwoni przed 17, że jeszcze ma z kimś pogadać i jadą z chłopakami na 18 do knajpy. O 19 lokalizacja pokazuje pracę, mam problem z Miśką, nie mogę się z Nią dogadać, dzwonię w nadziei, że może się rozmyślił i przyjedzie do domu. Dzwonię raz, drugi, na drugi telefon. Wysyłam sms. Chwilę przed 20 dzwonię do jednego z kolegów, czy jest gdzieś obok. No jeszcze nie ma. Oni są już w restauracji. On o w pół do piątej pojechał przecież do domu i dopiero na 20 miał przyjechać. Jest 23:39….

Cisza jak ta…

Przez ostatnie kilka tygodni było cały czas coś. Królewna, która jak śpi to śpi, ale jak nie śpi to tylko by jadła i brudziła pieluchy, albo oczywiście była noszona na rękach, starsze dzieci, które coś by cały czas chciały, pobawić się, pograć w grzybki, soczku, bułeczkę, trzymane za ręce robić fikołki, przytulić i moja Mama, którą trzeba było wozić na badania, do lekarzy, po recepty, szykować jedzenie (co dwie godziny coś małego). Oprócz tego dalsze rozpakowywanie, zaczął się sezon ogrodowy, więc trzeba coś ogarnąć na terenie, żeby się dzieci mogły bawić i sto tysięcy innych, ważnych, niecierpiących zwłoki rzeczy.

Dziś pierwszy samotny dzień. Znaczy tylko z Królewną, Mamę odwiozłam do domu, Mąż w pracy, dzieci w przedszkolu, na mnie czeka pranie, muszę wstawić kolejną zmywarkę, ogarnąć kuchnię, przejrzeć jakich ubrań na wiosnę brakuje mi dla dzieci, uczesać psa, odkurzyć, posadzić kupione wczoraj przez Mamę kwiatki i sama nie wiem co jeszcze.

A ja sobie siedzę. Na tarasie. Wiatr szumi, jakieś ptaszorki pośpiewują, dziecię wreszcie zasnęło. Jest pięknie.

Mała królewna

Dokładnie miesiąc temu, 11 kwietnia o 14:10 powitaliśmy na świecie nowego członka naszej rodziny, młodszą siostrzyczkę Małej i Miśka, Małą Królewnę.

Królewna jest na szczęście zdrowa, ładnie je i grzecznie śpi, ale rzeczywistość z noworodkiem w połączeniu z dwójką szalejących przedszkolaków i moją Mamą rekonwalescentką po resekcji żołądka, niestety nie pozostawia mi zbyt dużo czasu na inne, dodatkowe, zajęcia.

Umiesz liczyć, licz na siebie

Motto, które przez baaardzo długi czas miałam w opisie w dwuliterowym komunikatorze z żółtym słoneczkiem nadal jest aktualne.

Ze względu na problemy z nogą już od dosyć dawna nie jeździłam sama samochodem. Niestety okazało się, że na wczorajszą wizytę Mąż nie mógł mnie zawieźć. Po pierwsze ze względu na pracę, a po drugie wizyta była dość późno, daleko od nas i niebezpiecznie blisko czasu odbioru dzieci z przedszkola (jak się później okazało dobrze, że ze mną nie pojechał, bo wszystko się trochę przedłużyło, jeszcze po drodze był wypadek i ostatecznie wróciłam do domu ponad godzinę po zamknięciu przedszkola). Nieważne.

W poniedziałek rozmawiałam z koleżanką, bardzo bliską można powiedzieć. Litowała się nade mną, że sama z dziećmi tyle czasu, mówiła, że nie powinnam chodzić, że trzeba leżeć, odpoczywać, że Mąż powinien wszystko robić itd. Po czym nagle zaproponowała, że ona co prawda wróciła na część etatu do pracy po macierzyńskim, ale ogólnie sporo czasu jest w domu i jak by coś potrzeba, to ona po prostu weźmie małą i mnie zawiozą gdzie będzie trzeba, nie ma żadnego problemu, tylko mam dawać znać. To naprawdę żaden problem, przy okazji się spotkamy, pogadamy, ogólnie będzie super. Ucieszyłam się i mówię, że akurat w czwartek mam wizytę. Nie no jasne, nie ma sprawy, tylko co to za wizyta, u ginekologa? Ale to poradnia ginekologiczna? Nie, zwykły poz. A to nie, bo wiesz, żeby mała się z chorymi nie zetknęła i w ogóle. Powiedziałam, że oczywiście rozumiem, ale obok jest park, ogólnie mogą po prostu się przejść. No nie, jak zwykła przychodnia to nie pojadą, to może zobaczy jak jej mąż wraca z pracy, bo tak z dzieckiem jechać to nie bardzo. Zadzwoniła następnego dnia, że jednak mąż akurat nie wraca wcześniej, więc ona nie da rady mnie zawieźć i jednak powinnam kazać mojemu Mężowi ze sobą jechać.

Pojechałam sama i jak zwykle utwierdziłam się w przekonaniu jak wyżej. Umiem liczyć….